Spór wokół Gizeli Jagielskiej po jej zatrudnieniu na Brochowie wcale się nie kończy. W niedzielę przed największą porodówką na Dolnym Śląsku zgromadzili się obrońcy życia, którzy odmawiali różaniec i ponownie przypominali o przeprowadzonej przez lekarkę w Oleśnicy aborcji w 37. tygodniu ciąży. „Chcemy ostrzec kobiety” – mówiła Kaja Godek. Po drugiej stronie sporu środowiska lewicowe domagają się natomiast nawet utworzenia 100–150-metrowych stref, w których protesty przed szpitalami miałyby być zakazane.
Uczestnicy zgromadzenia pro-life spotkali się w pobliżu wjazdu do placówki. Protest miał formę publicznego różańca, przemówień i pikiety z nagłośnieniem. Dla uczestników sprawa nie jest zwykłym konfliktem personalnym dotyczącym jednego lekarza. Dotyczy kierunku, w jakim może zmierzać jedna z najważniejszych porodówek w regionie.
30 września szpital oficjalnie potwierdził, że Gizela Jagielska znalazła się wśród lekarzy wybranych w postępowaniu konkursowym i rozpocznie pracę na oddziale ginekologiczno-położniczym. W placówce zatrudniono również jej męża, dr. Łukasza Jagielskiego, który od 1 października pełni obowiązki kierownika oddziału do czasu rozstrzygnięcia odrębnego konkursu.
Środowiska pro-life protestowały przeciwko kandydaturze lekarki jeszcze zanim zapadła formalna decyzja. Pierwsze pikiety przed Brochowem rozpoczęły się w lipcu. Po podpisaniu kontraktu ich cel się zmienił. Protestujący domagają się teraz cofnięcia decyzji, a część organizatorów prowadzi także akcję na rzecz odebrania Jagielskiej prawa wykonywania zawodu. Podczas niedzielnej manifestacji Kaja Godek z Fundacji Życie i Rodzina podkreślała, że demonstranci świadomie chcą być słyszalni przez osoby znajdujące się w szpitalu.
Mam nadzieję, że jesteśmy głośno. Chcemy dotrzeć do wszystkich, do personelu szpitala, chcemy dotrzeć do pacjentów tego szpitala, chcemy ostrzec kobiety, które idą tutaj rodzić
– mówiła.
W swojej wypowiedzi Godek odwołała się bezpośrednio do sprawy z Oleśnicy.
Czy chcesz, żeby twoje dziecko trafiło w ręce osoby, która przed chwilą dokładnie takie samo dziecko abortowała?
– pytała.
To właśnie późna aborcja przeprowadzona przez Gizelę Jagielską stała się głównym powodem sprzeciwu środowisk pro-life. W Oleśnicy Jagielska przeprowadziła przerwanie ciąży w 37. tygodniu, stosując procedurę polegającą na podaniu chlorku potasu do serca płodu.
Pacjentka wcześniej przebywała w Centralnym Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. U płodu podejrzewano wrodzoną łamliwość kości. Łódzcy lekarze proponowali zakończenie ciąży poprzez cesarskie cięcie pod narkozą, ale nie zgodzili się na indukcję asystolii. Następnie pacjentka trafiła do Oleśnicy.
Podstawą prawną zabiegu było zagrożenie zdrowia kobiety, a nie sama diagnoza dotycząca płodu. Prokuratura badała działania Jagielskiej, lecz umorzyła postępowanie, nie stwierdzając znamion przestępstwa. Późniejsza próba zakwestionowania tej decyzji przez Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Manowską nie doprowadziła do wznowienia sprawy. To ważny fakt prawny. Nie kończy jednak sporu etycznego.
Z perspektywy ruchu pro-life legalność procedury nie odpowiada na zasadnicze pytanie moralne dotyczące celowego zakończenia życia płodu na tak zaawansowanym etapie ciąży. I właśnie ten argument, a nie zarzut popełnienia przez Jagielską przestępstwa, pozostaje dziś najważniejszym punktem ich krytyki.
Przed niedzielnym różańcem odbyło się również zgromadzenie przeciwników protestów pro-life. Pojawili się na nim przedstawiciele Partii Razem, Lewicy oraz Akcji Demokracja. Środowiska te bronią zarówno zatrudnienia Jagielskiej, jak i dostępności legalnej aborcji. Posłanka Razem Marta Stożek przedstawiała pikiety pro-life jako doświadczenie „przemocowe”, szczególnie dotkliwe dla pacjentek.
Nie można tego nazwać cyrkiem, bo to jest bardzo smutne, przemocowe doświadczenie
– mówiła.
Stożek wskazywała m.in. na drastyczne fotografie wykorzystywane podczas części manifestacji i hałas powodowany przez nagłośnienie. Krytyka konkretnych form protestowania – zwłaszcza w sąsiedztwie chorych – może być przedmiotem uzasadnionej debaty. Trudniej jednak zgodzić się z automatycznym przedstawianiem samego pokojowego sprzeciwu wobec aborcji jako formy przemocy. Konstytucja chroni również demonstracje, których treść jest dla innych osób niewygodna czy kontrowersyjna.
Najdalej idącą propozycją środowisk wspierających Jagielską jest stworzenie wokół szpitali specjalnych stref, w których nie można byłoby organizować zgromadzeń. Mowa o odległości 100–150 metrów od placówek medycznych. Obecne prawo nie ustanawia takiej generalnej strefy.
Wręcz przeciwnie – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przypomina, że wolność pokojowych zgromadzeń jest gwarantowana przez art. 57 Konstytucji, a jej ograniczenie może nastąpić jedynie ustawą i musi spełniać zasadę proporcjonalności.
Prawo o zgromadzeniach daje już natomiast przedstawicielowi gminy możliwość rozwiązania konkretnej manifestacji, jeżeli jej przebieg zagraża życiu lub zdrowiu ludzi, mieniu w znacznych rozmiarach albo narusza przepisy prawa. Oznacza to, że państwo i samorząd dysponują narzędziami pozwalającymi reagować na rzeczywiste naruszenia bez wprowadzania automatycznego zakazu zgromadzeń ze względu na miejsce i poglądy protestujących.
Skala sporu jest rzeczywiście ogromna. Według danych Urzędu Miejskiego w samym lipcu zgłoszono 149 zgromadzeń związanych z sytuacją przed szpitalem, czyli średnio niemal pięć dziennie. Przedstawiciele magistratu monitorowali część protestów. Jedno ze zgromadzeń zostało rozwiązane po wniesieniu banerów przedstawiających drastyczne fotografie. To pokazuje, że prawo pozwala już interweniować wobec konkretnych zachowań, jeśli przekraczają one dopuszczalne granice.
Dlatego pomysł wprowadzenia szerokiej strefy zakazu protestów powinien być oceniany bardzo ostrożnie. Prawo do spokoju pacjentów nie powinno oznaczać automatycznego prawa władz do usuwania z przestrzeni publicznej pokojowych demonstrantów tylko dlatego, że prezentują mocne i niepopularne stanowisko.
Akcja Demokracja prowadzi petycję skierowaną do władz Wrocławia. Organizacja domaga się m.in. stałego monitorowania protestów przed szpitalem oraz ich rozwiązywania, gdy dochodzi do naruszenia prawa lub zagrożenia dla pacjentów. Pod apelem zebrano ponad 8 tys. podpisów. Samo żądanie egzekwowania obowiązującego prawa nie budzi większych wątpliwości. Znacznie dalej idzie natomiast polityczny pomysł generalnego odsunięcia manifestacji od szpitali o 100–150 metrów. W praktyce oznaczałoby to poważne ograniczenie możliwości prowadzenia protestu dokładnie w miejscu, którego dotyczą decyzje będące jego przedmiotem.
Sprawa ma również wyraźny polityczny wymiar, o którym nie należy zapominać. Katarzyna Lubiniecka-Różyło, wybrana do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego z list Lewicy, przyznała publicznie, że jako radna i członkini społecznej rady szpitala zabiegała o zatrudnienie Gizeli Jagielskiej. Po rozstrzygnięciu konkursu podziękowała dyrektorce placówki i bardzo wysoko oceniła lekarkę.
Nie ma dowodu, że działania radnej wpłynęły na wynik postępowania konkursowego. Placówka informuje, że Jagielska została wybrana zgodnie z procedurą. Publiczna deklaracja polityczki jest jednak istotna, ponieważ pokazuje, że zatrudnienie ginekolog nie było w przestrzeni publicznej wyłącznie neutralną decyzją kadrową. Jej kandydaturę aktywnie wspierały środowiska polityczne i organizacje jednoznacznie opowiadające się po jednej stronie sporu aborcyjnego. Teraz część tych samych środowisk domaga się ograniczenia protestów ludzi, którzy przyjętą decyzję oceniają dokładnie odwrotnie.
Trzeba jednocześnie wyraźnie rozdzielić dwie kwestie. Latem dyrekcja szpitala informowała o telefonach z wyzwiskami i groźbami kierowanymi do pracowników placówki. Takie działania nie są dopuszczalną formą protestu i – jeśli wypełniają znamiona przestępstwa – powinny spotkać się z reakcją organów ścigania. Nie ma jednak podstaw, aby odpowiedzialność za takie zachowania automatycznie przypisywać każdemu uczestnikowi publicznego różańca czy wszystkim przeciwnikom zatrudnienia Jagielskiej.
Pokojowy protest, modlitwa i publiczna krytyka decyzji publicznego szpitala są czymś innym niż groźby czy nękanie. To rozróżnienie jest szczególnie ważne, gdy pojawiają się polityczne propozycje dalszego ograniczania manifestacji.
Dyrekcja Brochowa podjęła decyzję. Gizela Jagielska została zatrudniona i rozpoczęła pracę. Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy, organizacje społeczne czy środowiska pro-life tracą prawo do oceny tej decyzji – również bardzo krytycznej. Z punktu widzenia przeciwników aborcji szczególnie trudne do zaakceptowania jest zatrudnienie właśnie w dużym szpitalu położniczym lekarki kojarzonej przede wszystkim z jedną z najbardziej kontrowersyjnych późnych aborcji ostatnich lat.
Zwolennicy Jagielskiej odpowiadają, że zabieg był legalny, lekarka ma pełne prawo wykonywania zawodu i została zatrudniona w konkursie. To prawda. Ale stwierdzenie legalności określonej procedury nie rozstrzyga automatycznie jej moralnej oceny ani nie odbiera obywatelom prawa do protestu. Spór przenosi się więc dziś na kolejny poziom. Nie dotyczy już tylko pytania, czy Gizela Jagielska będzie pracowała na Brochowie.
Dotyczy także tego, czy jej przeciwnicy będą mogli nadal manifestować swój sprzeciw w bezpośrednim sąsiedztwie szpitala, czy też politycy i organizacje popierające lekarkę doprowadzą do stworzenia nowych ograniczeń dla pokojowych zgromadzeń. I właśnie ta druga kwestia może okazać się kolejnym dużym konfliktem wokół wrocławskiej porodówki.















