Most Grunwaldzki z odtworzonym napisem „Kaiserbrücke”, portret Fryderyka II w reprezentacyjnej Auli Leopoldina, niemieckie napisy przywracane na budynkach czy nazwa Hali Stulecia. Każdy z tych przypadków ma własne historyczne i konserwatorskie uzasadnienie. Autorzy nowego listu otwartego pytają jednak, czy ich suma nie tworzy już szerszego zjawiska – stopniowego przesuwania akcentów w opowieści o Wrocławiu w kierunku niemieckiego Breslau.
Dokument skierowano do Rady Miejskiej Wrocławia, prezydenta Jacka Sutryka oraz rektora Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Roberta Olkiewicza. Pod listem podpisali się m.in. Lech Stefan, założyciel Klubu „Spotkanie i Dialog”, dr Józef Osada, były poseł Wincenty Pycak, prezes Fundacji „Akademia Patriotów” Zbigniew Jarząbek oraz Wiesław Misiek ze Społecznego Komitetu „Wrocław Pamięta”.
Sygnatariusze rozpoczynają od przypomnienia, że historia miasta jest znacznie dłuższa niż dwa stulecia panowania pruskiego i niemieckiego. Przywołują piastowskie początki Wrocławia, gród na Ostrowie Tumskim oraz powołanie w 1000 roku biskupstwa wrocławskiego. Podkreślają późniejszą przynależność miasta do różnych monarchii i państw, ale również obecność polskiej ludności w kolejnych stuleciach.
Szczególne miejsce w liście zajmuje rok 1945. Autorzy przypominają, że wraz z zakończeniem wojny nastąpiła zasadnicza zmiana ludnościowa. Do zrujnowanego miasta przyjeżdżali Polacy z centralnej Polski, Wielkopolski i przede wszystkim z utraconych Kresów II Rzeczypospolitej. Wielu z nich wcześniej samo zostało zmuszonych do opuszczenia rodzinnych stron.
To oni – wraz z kolejnymi pokoleniami – odbudowywali Wrocław i stworzyli jego współczesną tożsamość. Autorzy zwracają również uwagę na znaczenie powojennego Wrocławia jako polskiego ośrodka nauki, kultury i gospodarki oraz jednego z najważniejszych centrów oporu przeciw komunizmowi. Właśnie dlatego ich zdaniem polskość miasta nie może być traktowana jako jeden z wielu równorzędnych folklorystycznych dodatków do jego historii.
Co ważne, list nie postuluje usunięcia informacji o niemieckim okresie miasta. Autorzy piszą wprost, że nie negują złożonej historii Wrocławia ani znaczącej obecności niemieckiej. Ich sprzeciw zaczyna się tam, gdzie – w ich ocenie – ochrona historycznej substancji zmienia się w eksponowanie symboli i postaci związanych z pruskim lub niemieckim państwem. To rozróżnienie jest kluczowe.
Nikt rozsądnie opisujący Wrocław nie może wykreślić kilku stuleci jego dziejów ani udawać, że nie istniały Breslau, pruska administracja, niemieccy architekci, artyści czy przemysłowcy. Problemem może być natomiast odpowiedź na inne pytanie: co współczesne polskie miasto powinno jedynie zachowywać jako świadectwo historii, a co świadomie honorować i przywracać do reprezentacyjnej przestrzeni? Sygnatariusze domagają się właśnie „roztropnej równowagi” między konserwatorskim zachowywaniem świadectw przeszłości a odpowiedzialnością za dzisiejszą przestrzeń publiczną.
Najbardziej namacalnym przykładem obecnego sporu jest planowany remont Mostu Grunwaldzkiego. Projekt przewiduje odtworzenie utraconych elementów jego pierwotnej oprawy architektonicznej. Chodzi nie tylko o charakterystyczne kopuły pylonów, lecz również cesarskie korony, herby Hohenzollernów i napis „Kaiserbrücke” – historyczną nazwę przeprawy. Oficjalny portal Wrocławia już wcześniej informował, że zamiarem konserwatorskim jest przybliżenie obiektu do wyglądu z czasów jego powstania. Warto przy tym jasno zaznaczyć: nie ma planu zmiany oficjalnej nazwy Mostu Grunwaldzkiego. Chodzi o rekonstrukcję historycznego napisu jako elementu wystroju, nie o administracyjne przemianowanie przeprawy.
Mimo to sprawa wywołała krytykę, także ze strony wrocławskiego IPN. Dyrektor oddziału dr hab. Kamil Dworaczek zwracał uwagę, że „Kaiserbrücke” wiąże się z cesarstwem Wilhelma II i że odtwarzając taki symbol, nie można abstrahować od jego politycznego i historycznego znaczenia. To dobry przykład konfliktu dwóch sposobów myślenia. Konserwator widzi obiekt wymagający odtworzenia zgodnie z historyczną formą. Krytycy pytają, czy w polskiej przestrzeni publicznej trzeba rekonstruować również te elementy, które były nośnikiem symboliki państwa niemieckiego.
W liście pojawia się też sprawa portretu króla Prus Fryderyka II w Auli Leopoldina. Autorzy określają go bardzo krytycznie i kwestionują potrzebę eksponowania pruskiego monarchy w tak reprezentacyjnej przestrzeni polskiego uniwersytetu. W tej sprawie trzeba jednak uwzględnić stanowisko samego Uniwersytetu Wrocławskiego.
Uczelnia podkreślała wcześniej, że pojawiające się w debacie informacje, jakoby portret Fryderyka II zastąpił po remoncie Orła Białego, są nieprawdziwe. Oba przedstawienia znajdowały się w różnych częściach auli. Portret pruskiego monarchy należy natomiast do historycznego programu dekoracyjnego i znajdował się tam już około 1773 roku. Uniwersytet tłumaczy również, że umieszczenie wizerunku Fryderyka miało historyczny związek z decyzją monarchy pozwalającą wrocławskim jezuitom kontynuować działalność uczelni po kasacie zakonu.
Można więc spierać się o to, czy portret powinien dziś pozostawać eksponowany, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że nie jest współczesnym dodatkiem wprowadzonym po to, by „germanizować” uniwersytet. Jest rekonstrukcją historycznego elementu wystroju. I właśnie na takich przykładach najlepiej widać, że spór nie powinien sprowadzać się do prostego wyboru między „usuwaniem niemieckości” a bezkrytycznym rekonstruowaniem wszystkiego, co istniało przed 1945 rokiem.
Kolejnym przykładem podanym przez autorów jest Hala Stulecia, która w czasach PRL funkcjonowała jako Hala Ludowa. Dzisiejsza nazwa nie odnosi się po prostu do wieku budowli.
Sama Hala Stulecia oficjalnie przypomina, że niemiecka Jahrhunderthalle została zbudowana w 1913 roku w związku ze stuleciem odezwy pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III i wydarzeń prowadzących do zwycięstwa nad Napoleonem pod Lipskiem.
To właśnie ten historyczny kontekst krytykują sygnatariusze listu. Z polskiej perspektywy wojny napoleońskie mają bowiem zupełnie inne znaczenie, związane m.in. z nadziejami na odbudowę państwowości i postacią księcia Józefa Poniatowskiego.
Z drugiej strony Hala Stulecia jest dziś zabytkiem światowego dziedzictwa UNESCO i jednym z najważniejszych osiągnięć architektury żelbetowej początku XX wieku. Jej historia nie kończy się też na 1913 roku. Po wojnie była miejscem m.in. Wystawy Ziem Odzyskanych i Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju. Znów więc mamy ten sam problem: jak zachować historyczną prawdę, a jednocześnie nie zatracić polskiej perspektywy?
Najciekawsze w liście nie jest samo wyliczenie spornych symboli. Znacznie ważniejszy jest postulat dotyczący proporcji. Autorzy chcą, by przywracanie dawnych napisów, nazw i symboli było poprzedzone namysłem nad tym, jaką funkcję pełnią one we współczesnym Wrocławiu. Ich zdaniem nie każda zachowana lub możliwa do odtworzenia pozostałość powinna ponownie stawać się dominującym elementem przestrzeni publicznej. Wklejony tekst To rozróżnienie ma sens także z punktu widzenia konserwatorskiego.
Można przecież zachować odsłonięty niemiecki napis na elewacji kamienicy jako świadectwo jej historii, opisać go i wyjaśnić. Czym innym jest świadome rekonstruowanie symbolu, który przez dziesięciolecia nie istniał. Można opowiadać o Breslau bez tworzenia wrażenia, że rok 1945 był jedynie zmianą tabliczki z nazwą miasta.
Powojenny Wrocław nie jest już młodym miastem bez własnych tradycji. Ma za sobą kilka pokoleń mieszkańców, odbudowę zabytków i infrastruktury, stworzenie polskich uczelni, życie kościelne, narodziny ważnych środowisk artystycznych oraz niezwykle bogatą historię opozycji antykomunistycznej.
Nawet historia Mostu Grunwaldzkiego nie zakończyła się na niemieckich projektantach. Po wojnie jego odbudową kierował prof. Franciszek Przewirski – związany wcześniej ze Lwowem współtwórca polskiej administracji drogowej na Dolnym Śląsku. Oficjalny portal Wrocławia sam przypomina ten rozdział dziejów przeprawy. W mieście są więc jednocześnie Kaiserbrücke z 1910 roku i Most Grunwaldzki odbudowany przez Polaków po katastrofie wojennej. Jedno nie musi usuwać drugiego. Ale drugie nie powinno również znikać pod ciężarem coraz efektowniejszego odtwarzania pierwszego.
Sygnatariusze domagają się od władz miasta, by „nie intensyfikować działań popularyzujących ponad miarę wkładu niemieckiego w ciągłość historyczną miasta”. Chcieliby też silniejszego przypominania wkładu Polaków w odbudowę Wrocławia po 1945 roku. Można dyskutować z częścią ich historycznych ocen. Można inaczej patrzeć na rekonstrukcję Mostu Grunwaldzkiego, portret Fryderyka II czy nazwę Hali Stulecia. Trudniej jednak uznać za bezzasadne samo pytanie o proporcje.
Jeżeli miasto coraz chętniej przywraca przedwojenne detale, niemieckie napisy i symbole, powinno równie konsekwentnie opowiadać o ludziach, którzy po 1945 roku zastali ruiny, odbudowali Wrocław i uczynili go swoim domem. To pytanie zapewne będzie wywoływało emocje już przez samo sformułowanie. Nie chodzi jednak o udawanie, że Breslau nie istniało.
Istniało – i jest częścią historii Wrocławia. Tak samo jak piastowski gród, czeski Vratislav, habsburskie miasto i współczesny polski Wrocław. Problem pojawia się wtedy, gdy narracja historyczna traci proporcje, a ochrona zabytków zaczyna być utożsamiana z koniecznością odtworzenia każdego znaku dawnej państwowości.
Wrocław nie musi bać się swojej niemieckiej przeszłości. Ale tym bardziej nie powinien mieć kompleksów wobec własnej polskiej teraźniejszości i ponad osiemdziesięciu lat historii stworzonej już przez polskich mieszkańców. Można ratować zabytki, badać historię Breslau, odsłaniać dawne inskrypcje i przypominać niemieckich architektów. Jednocześnie można – i trzeba – pamiętać o lwowskich profesorach, powojennych pionierach, ludziach odbudowujących zniszczone ulice, „Solidarności”, Solidarności Walczącej i kolejnych pokoleniach mieszkańców, dla których Wrocław nie jest odziedziczonym po kimś eksponatem, lecz własnym miastem.
Niemieckie dziedzictwo jest częścią historii Wrocławia. Nie powinno jednak stać się jej dominującą opowieścią. I właśnie o taką równowagę – choć momentami bardzo ostro – upominają się autorzy listu otwartego.
Pod listem otwartym można podpisać się online:















