Jak wygląda pielgrzymia droga z Suwałk do Ostrej Bramy i co czeka pątników po przekroczeniu polsko-litewskiej granicy? Gościnnie publikujemy osobistą relację Romualda Adamowicza, uczestnika 36. Międzynarodowej Pieszej Pielgrzymki Suwałki–Wilno, który wraz z grupą pielgrzymów z Dolnego Śląska wyruszył w drogę do Matki Bożej Miłosierdzia. To opowieść o modlitwie i trudach wędrówki, ale również o spotkaniach z Polakami na Wileńszczyźnie, historii, patriotyzmie i niezwykłej gościnności ludzi spotykanych na pielgrzymim szlaku.
Pielgrzymka do Matki Boskiej Miłosierdzia w Ostrej Bramie
Opowieść o przygotowaniach i 36. Międzynarodowej Pieszej Pielgrzymce Suwałki–Wilno. Nie będzie to kronika, choć postaram się zachować chronologię, nazwiska i nazwy miejscowości pojawią się sporadycznie.
Uczestniczyłem już w wielu pielgrzymkach z Wrocławia na Jasną Górę i pomysł udania się do Ostrej Bramy chodził mi po głowie od dawna. Rozmawiałem z zachwyconymi uczestnikami tych pielgrzymek, a na wrocławskiej edycji festiwalu „Maksymiliany” natrafiłem na film o tej pielgrzymce. I to był ten kamyczek, który uruchomił lawinę.
Pomysł spodobał się żonie Magdzie i mając jej aprobatę, zgadaliśmy się z zaprzyjaźnioną Dorotą. Dorota chciała po latach pójść znowu z pielgrzymką wrocławską, ale nowy pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Choć mieliśmy dość duże doświadczenie pielgrzymkowe, było wiele niewiadomych związanych z funkcjonowaniem tej – dla nas nowej – pielgrzymki.
I tu ciekawostka, jaki świat jest mały i jak Pan Bóg kieruje. Poza innymi ważnymi aspektami chciałem na pielgrzymce poznać Jarka, naczelnego biuletynu „Rakowiecka 37”, a tu okazało się, że Dorota otrzymała od swojego brata Pawła kontakt do niego jako pielgrzyma, który odpowie nam na pytania dotyczące pielgrzymki. I już w wieczór poprzedzający wyjście zakumplowaliśmy się.
Wracając do przygotowań – dla pielgrzymów większość będzie oczywistością…
Najważniejszy aspekt każdej pielgrzymki jest oczywiście religijny, wszak to rekolekcje w drodze. Naprawdę. Cel jest oczywiście ważny, ale najważniejsza jest droga i za każdym razem przemiana serca – czasem wielka, czasem malutka. Jest też czas nawiązywania relacji, wspólna droga czyni większość uczestników bardzo otwartymi.
Wielu pątników ma niepokój przed pielgrzymką: czy dadzą radę, czy dojdą. Ja, dziękując Panu Bogu, mam niezłe zdrowie i kondycję – jak na swoje lata – i się nie zastanawiam, czy dojdę. Twardym trzeba być… Ale też myślę, jak będzie – ciężko czy trochę mniej.
W ostatnich latach dorobiłem się uczulenia na miks: słońce, pot, zmęczenie i muszę w silnym słońcu, gdy większość pozbywa się nadmiaru odzienia, zakrywać się jak najbardziej. I choć deszcz jest jednym z największych utrudnień pielgrzymowania, to dla mnie ma wiele pozytywnych stron – najlepiej taki niewielki.
Z tymi trudnościami – czy duży deszcz, czy przedłużający się „żar z nieba”, czy bąbelki na stopach i inne dolegliwości – wiąże się aspekt duchowy. Jak się ma jakieś „wielkie” intencje, to dobrze, żeby było naprawdę ciężko. Dla niewtajemniczonych: idzie się zwykle w jakiejś intencji lub intencjach, najczęściej bardzo osobistych – o nawrócenie, o zdrowie swoje lub bliskiego, czasem bardziej ogólnych: za Kościół, Ojczyznę. Każdego dnia można pielgrzymować w innej intencji. Dodatkowo podczas różańca i w naszej grupie koronki przedstawiane są prośby i podziękowania uczestników – czytane z karteczek bądź przedstawiane osobiście.
Po zasięgnięciu informacji od przyjaciół Pawła i biura pielgrzymkowego, korzystając z doświadczenia z „wrocławskiej”, spakowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy oraz trochę – jak się okazało później – niepotrzebnych. Dorota dojeżdżała, nieco na okrętkę, samochodem i uprzejmie zabrała nasze duże bagaże, a my z małymi plecakami wyruszyliśmy rankiem ze Świętej Katarzyny pociągiem. Po dwóch przesiadkach dotarliśmy wczesnym wieczorem do Suwałk.
Zdążyliśmy na wieczorną Mszę Świętą. Potem formalności w biurze pielgrzymkowym, ostatnie zakupy i przygotowanie do pierwszego noclegu w namiocie. Jeszcze w międzyczasie spotkanie z Jarkiem… i od razu dłuższa „bajera”.
Pielgrzymka się rozpoczyna
Rano zdajemy „duże” bagaże na tira – codzienna rutyna. Po niej najważniejsze wydarzenie każdego dnia – Msza Święta. Jest biskup ełcki i przedstawiciel władz zakonnych salezjanów, organizatorów pielgrzymki.
Po Mszy Świętej, gorących pozdrowieniach i życzeniach dobrej pielgrzymki, szybkim śniadaniu, przy pięknej pogodzie wyruszamy. Jako nowi jesteśmy ciekawi wszystkiego: trasy, organizacji, tego, jak mieszkańcy odnoszą się do pątników itd.
Jako uczestnicy pielgrzymki na Jasną Górę siłą rzeczy porównujemy różne aspekty, starając się nie wartościować. Ja na wrocławskiej od wielu lat jestem porządkowym grupowym i jestem dość mocno zaangażowany w organizację naszej czarnej „13”, a tu – „szary” pielgrzym idący pierwszy raz. Znając świeckiego szefa „naszej”, Wieśka zwanego „Kuzynem”, wyszukuję dla niego dobre pomysły organizacyjne.
Więcej o różnicach innym razem.
Bardzo fajne i ciekawe jest to, że w pielgrzymce uczestniczą osoby z najróżniejszych zakątków Polski – od Pomorza, przez centrum, aż do samiutkich Tater i okolic. Na przykład góralka z Zębu, która czasem śpiewała nam pobożne ludowe piosenki, oczywiście podhalańską gwarą.
Na każdej pielgrzymce pieszej zwracamy się do siebie: bracie, siostro lub po imieniu. Panie i Panowie zostają w domu. Szybko nawiązuje się nowe znajomości. Ludzie w większości są bardzo otwarci.
Na jednym z pierwszych odpoczynków poznajemy Anię, zaprzyjaźnioną z Jarkiem. Widzimy się pierwszy raz, ale od razu rozmowa „klei się”, jakbyśmy byli wieloletnimi przyjaciółmi.
Żeby wszyscy wspólnie się modlili, słuchali konferencji i świadectw, niezbędne jest nagłośnienie noszone przez braci. I tu pierwsze zaskoczenie – jest siostra odpowiedzialna za znalezienie „ochotników” i tworzenie grafiku. Dzięki temu jest sprawiedliwie i wszystko wiadomo.
Na dwa początkowe dni – po Polsce – idzie trochę więcej pielgrzymów. Można powiedzieć, że „odprowadzają” nas, ile mogą, i wracają do swoich zajęć. Podobnie na zakończenie pielgrzymka trochę się powiększa.
W ogóle jest około 500 pątników podzielonych na pięć grup. My idziemy w „białej”. Co odpoczynek grupy zmieniają kolejność w kolumnie. Na początku niesiony jest krzyż, tablica pielgrzymki i flagi Polski i Litwy – jesteśmy na pielgrzymce międzynarodowej. Każda grupa ma swój znak w odpowiednim kolorze. Widocznych jest też kilka polskich flag, w tym moja – od wielu lat na pielgrzymce i patriotycznych wydarzeniach zawsze z biało-czerwoną.
Pierwszy dzień – 24 km, częste odpoczynki i kolejna miła niespodzianka: długa przerwa z serwowaną codziennie przez pielgrzymkową kuchnię zupą.
Zaraz po przyjściu Apel Maryjny około godziny 18 – kolejne zaskoczenie dla nas, przyzwyczajonych do apelu o 21.
Już po drodze dowiedzieliśmy się o niezwykłej gościnności proboszcza i mieszkańców Krasnopola. Ola – nastoletnia siostra – mówiła, że są tam najlepsze na świecie frytki, a na następnym noclegu przepiękne jezioro tuż przy goszczącym nas kościele. Wszystko się sprawdziło.
Wielkie, otwarte serca mieszkańców Krasnopola połączone ze świetną organizacją pozostawiły niezwykłe wspomnienia. Po upalnym dniu pyszności: chłodnik, kompocik, wspomniane frytki, różne dania obiadowe i frykasy, nawet gofry. A wszystko podane z uśmiechem, przy akompaniamencie religijnej muzyki płynącej z głośników. Porozstawiane krzesła – czy coś więcej może sobie wymarzyć podmęczony pielgrzym?
Rano, uraczeni równie przepysznym śniadaniem, wyruszamy na kolejny dzień. Tym razem Msza Święta po drodze, w pięknej bazylice w Sejnach. Jest tam niesamowita figura Matki Boskiej, otwierana z przodu, a w jej wnętrzu przedstawienie Trójcy Świętej. Po Mszy Świętej specjalnego błogosławieństwa udzieliło dwóch księży prymicjantów.
Następnie w pobliskiej szkole mieszkańcy poczęstowali nas obiadem. I w drogę do Berżnik – ostatniej miejscowości po polskiej stronie.
Gościnny proboszcz udostępnił teren wokół kościoła na namiotowisko, a nawet część pątników mogła przenocować w pięknym, zabytkowym kościele. Jak wspomniałem, jest tam urokliwe jeziorko, w którym chętni mogli się ochłodzić po kolejnym upalnym dniu. Nieopodal kościoła jest Droga Światła – 14 stacji z działalności Jezusa po zmartwychwstaniu.
Wyruszamy na Litwę
Rozpoczynamy dzień Mszą Świętą przy kościele, by wyruszyć na Litwę. Granicę przekraczamy bez żadnej kontroli, leśnym duktem. Zostaliśmy tylko zobowiązani do noszenia w widocznym miejscu naszych identyfikatorów pielgrzymkowych.
Ale tutaj był kolejny wzruszający moment. Przywitał nas z kilkoma parafianami zacny ksiądz Józef Aszkiełowicz z odległej parafii w Butrymańcach – po staropolsku, chlebem i solą. Chleb był przepyszny, ciemny, litewski. Były też inne specjały przywiezione przez witających.
Księdza Józefa miałem okazję poznać kilkanaście lat temu podczas wyjazdu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Odra-Niemen, z którym realizowałem kilka projektów edukacyjnych w dwóch szkołach w mojej miejscowości, gdzie uczęszczały moje dzieci. A Paweł, brat Doroty, był u księdza na „WorkCampie” z młodzieżą – w tym z moim pierworodnym – do pomocy przy pracach remontowych.
Poszliśmy się przypomnieć i zrobić pamiątkowe fotki. Serdeczny ksiądz skojarzył podawane wydarzenia.
Przesuwamy zegarki o godzinę do przodu i w drogę.
Idąc polnymi drogami, podziwiamy krajobraz i łączymy się telefonicznie z księdzem, który przez lata chodził z „białą” i odczytywał fragmenty „Pana Tadeusza”. Wsłuchujemy się w naszą epopeję.
Wokół jeszcze wiele drewnianych domostw pamiętających odległe czasy, u nas – poza skansenami – już sporadycznie spotykanych. Powoli zaczynają się łany biało kwitnącej gryki. W głębi kraju będzie ich więcej, a piękny „miodowy” zapach przypomina lata dziecinne spędzane u rodziny na wsi – wprawdzie na Lubelszczyźnie. Kiedyś tam też było dużo gryki zwanej „tatarką”.
I tak po tym, tym razem długim, dniu docieramy na pierwszy nocleg na Litwie.
Na poranną Mszę Świętą miejscowy biskup wysłał pozdrowienia i sympatycznego księdza. Przechodzimy przez tereny zamieszkane głównie przez Litwinów. Trafiają się sporadycznie mieszkańcy, raczej z bezpiecznej odległości się przyglądają, czasem pomachają z pozdrowieniem.
Choć… gdy dochodziliśmy do główniejszej drogi, zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego pan, pogmerał w bagażniku i z dużą butlą, prawdopodobnie Coca-Coli, podbiegł do pierwszego pielgrzyma i ją dał. A gdy wracał, pozdrowił nas, wyraźnie wzruszony, okrzykiem: „Niech żyje Polska i Litwa!”.
Maszerujemy w kierunku Niemna – rzeki mocno wplecionej w historię kresowej Polski. Na most docieramy jako pierwsza grupa. Na środku zatrzymujemy się na kilka chwil, żeby podziwiać krajobraz, poszukać w głowie wydarzeń historycznych i porobić zdjęcia.
Gdy zbliżamy się do końca mostu, zrywa się dosyć porywisty wiatr i rozpoczyna niezła ulewa. Większość pielgrzymów pospiesznie zakłada poncza przeciwdeszczowe. Pozostali chowają się pod kilkoma parasolami albo czekają na rozwój sytuacji.
Po drugiej stronie naszej rzeki czekają na nas urokliwe miejsca i miejsca związane z polską historią, wydarzenia i konferencje patriotyczne, nowe przyjaźnie i wielkie wzruszenia. Szczególnie gdy wejdziemy na Wileńszczyznę, a na koniec przylgniemy do bruku pod wizerunkiem Ostrobramskiej.
Ale o tym wszystkim w drugiej części.
Z Panem Bogiem.
W stronę Wileńszczyzny
Docieramy na miejsce noclegu, czekamy na pozostałe grupy. Ze względu na deszcz apel jest bardzo krótki. I tym razem korzystamy z możliwości przenocowania na korytarzu szkoły, z nadzieją przeschnięcia z grubsza. Niebawem się przejaśnia i można znowu popluskać się w pobliskim jeziorku.
Na wieczór była zaplanowana pierwsza integracja naszej grupy. Przewodnik grupy białej, o. Marian, co roku szykuje dla niej nową piosenkę. Wprawdzie jest ładnie, ale przemoczonych pielgrzymów schodzi się niezbyt dużo. My się trochę spóźniamy, zdążymy jeszcze prześpiewać ze dwa razy nowy utwór.
Niedzielny poranek wita nas piękną pogodą. Rozpoczynamy polową Mszą Świętą i w drogę. Na obiad kolejny raz zupa z pielgrzymkowej kuchni polowej.
W miejscowości Przełaje (Perloja) odpoczywamy obok pięknego, całkiem pokaźnego kościoła. Przy niedzieli popijamy bardzo smaczną i zimną lemoniadę, którą serwuje „Pallobistro” – obsługiwane przez ojca pallotyna i młodzież.
Pallotyni rozsiani na misjach po całym świecie sprowadzają kawę z jego różnych zakątków, w Polsce ją wypalają i rozprowadzają na pielgrzymce, innych wydarzeniach i przez sklep internetowy – z hasłem: „Nie pij zwykłej kawy, wybierz tę, która zmienia świat!”. Moje towarzyszki kawę też posmakowały, podobno pyszna – ja akurat nie pijam.
Przez pobliską Mereczankę przechodzimy urokliwą kładką, co wiąże się z pokonywaniem jej małymi grupkami. Pozdrawiamy się wzajemnie z kilkoma kajakarzami przepływającymi poniżej. Kilka fotek w tym pięknym zakątku i ruszamy w pogoń za grupą, która niespodziewanie już się sporo oddaliła.
Podczas pogoni trafiła się okazja porozmawiać z kapłanem z naszej grupy, który pracuje w Wielkiej Brytanii. Opowiada, jak w ramach wizyty kolędowej pokonuje setki mil, żeby się spotkać z wiernymi. Wygląda to całkiem inaczej niż w Polsce. Odwiedza w ciągu dnia na zaproszenie kilka rodzin w miarę blisko siebie – w promieniu od kilku do kilkudziesięciu mil – ale za to spędza z nimi około godziny. Bywają osoby, które osiedliły się na Wyspach w czasie lub tuż po II wojnie światowej. A w okresie letnim przemierza bliższe i dalsze okolice motocyklem.
Podczas drogi spotykamy wiele akcentów patriotycznych, co mi sprawia dużą radość.
Docieramy na nocleg do miasta Orany (Varena), tradycyjnie śpimy koło szkoły. Jest piękna pogoda. Dowiadujemy się, że za parę dni z noclegu w Turgielach będzie zorganizowana przez tamtejszych Polaków wycieczka autokarem do pobliskich Taboryszek, gdzie przez kilka lat posługę pełnił ks. Sopoćko. Trzeba się zapisać i to szybko, bo miejsca rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.
Po rozłożeniu namiotów i wstępnym ogarnięciu Jarek do wspólnego zdjęcia zbiera przedstawicieli młodzieżowej opozycji, zaangażowanej każdy na swój sposób w walkę z komuną. Niegdyś młodzi gniewni, teraz stateczni panowie. Federacja Młodzieży Walczącej/Grupy Oporu (Warszawa) – Jacek, Ruch Młodzieży Niezależnej (Zielona Góra) – Jarek i Międzyszkolny Komitet Oporu (Wrocław) – ja. Wszyscy idziemy w „białej”.
Jacka poznałem kilka dni wcześniej. Niesamowity człowiek, od razu znaleźliśmy wspólny język. Gdzieś się zapodział kolega Leszek ze starszej opozycji, ale nieraz jeszcze przetną się nasze drogi na pielgrzymim szlaku.
Jeszcze tego wieczoru udajemy się kilkunastoosobową grupką na pobliski cmentarz, gdzie jest niewielka kwatera żołnierzy Wojska Polskiego z okresu wojny polsko-bolszewickiej i czasu przygranicznych potyczek między Polakami i Litwinami. Oddajemy hołd poległym, odmawiamy modlitwę, a Jarek przybliża zebranym tło historyczne i postacie spoczywających żołnierzy.
Kolejny dzień rozpoczyna się tym, co pielgrzymi lubią najmniej – zwijaniem namiotów w deszczu. Nam się udało wbić w okienko pogodowe, gdy padało tylko trochę. Szybkie przejście do oddalonego o około kwadrans kościoła, tam krótkie nabożeństwo i w drogę.
Podlało nas dość solidnie.
Brama polskiej Wileńszczyzny
Powoli zbliżamy się do Koleśnik, symbolicznie określanych jako brama polskiej Wileńszczyzny. Jak mawia nasz przewodnik – w tym miejscu kończy się pokutny charakter pielgrzymki ze względu na niebywałą gościnność miejscowych Polaków.
Kiedyś, nie mając żadnych kresowych korzeni, miałem niemalże obojętny stosunek do tej części Polski. Świat się zmienia, trzeba się z tym pogodzić. Jednak gdy byłem ze wspomnianym wcześniej Stowarzyszeniem Odra-Niemen, poznałem wspaniałych Rodaków, kombatantów lub ich rodziny i wiele historycznych miejsc. Zachwyciłem się Wileńszczyzną.
Skutecznie też wbiłem sobie do głowy, że mieszkańcy nie są Polonią, a Polakami. Większość mieszka na swoim z dziada pradziada i jest to Polska, tylko przez zawirowania historyczne zmieniła się granica. Wiele miejscowości jest całkowicie polskich, a w większości Polacy stanowią zdecydowaną większość – 80, często ponad 90 proc. Często władze w miastach, dzięki dominacji etnicznej, też są zdominowane przez Rodaków.
Jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie, to z reguły zapytani Polacy mówią, że są dobre z litewskimi sąsiadami. Dziwi i smuci dość mocno rozwinięty antypolonizm władz centralnych. O ile dobrze kojarzę, jest nawet wymóg nieszczęsnej UE, że w miejscowościach zamieszkałych przez ponad 20 proc. mniejszość – a co dopiero 80 czy 100 proc. – powinny być nazwy dwujęzyczne, tak jest chociażby u nas na Opolszczyźnie.
Niestety, nasze rządy od lewa do prawa przez wszystkie lata po rozpadzie ZSRR nie potrafiły skutecznie ująć się za Polakami z Wileńszczyzny. Gdzieniegdzie spotyka się nazwy ulic po polsku, co jeszcze do niedawna było karane przez władze litewskie.
Gdy dochodzimy do Koleśnik, już nie pada. Na Mszę Świętą wchodzimy do pięknego, obszernego kościoła. Po uczcie duchowej – prawdziwa uczta dla ciała.
Parafianie przygotowali wspaniały posiłek: swojska kiełbasa z kaszą gryczaną, kompocik, ciastka i ciasteczka i całe kosze tego pysznego, ciemnego chleba. Wystarczyło dla wszystkich. Przy okazji posiłku staramy się rozmawiać z miejscowymi, którzy bardzo na to czekają. Na koniec pamiątkowe zdjęcie z dobrodziejami.
W kolejnych miejscowościach znowu doznajemy niebywałej gościny. Stoły uginające się od przeróżnych owoców – to opóźniony deser. Na następnym odpoczynku stoły pełne ciast, różnych przekąsek, serów itd., koniecznie wykonywanych własnymi rękoma, z sercem.
Żeby nie tylko o kulinariach – w wielu miejscach okoliczni Polacy witają nas kwiatami, czasem rzucają pod nogi lub układają wzdłuż drogi. Aż w gardle ściska i łzy pchają się do oczu. Przy kościołach proboszczowie kropią wodą święconą, a towarzyszące im osoby witają chlebem i solą.
W kolejnych miejscowościach przewijają się nazwy znane z literatury, ważne w naszej historii.
Ejszyszki, Butrymańce i Koniuchy
Ejszyszki – apel w okazałym kościele. Wychodząc, przyglądam się popularnym tutaj stacjom drogi krzyżowej w formie płaskorzeźb. Każda jest dziełem sztuki ludowej.
Moją uwagę zwraca również odstawiona w bocznych nawach czy przedsionkach duża liczba proporców, zapewne noszonych w procesjach. Przypominają mi podobne, spotykane w wiejskich parafiach wschodniej Polski. W dużych miastach już rzadko używane – niestety.
I kolejna przyziemna atrakcja. Można na nocleg udać się do Centrum Biznesu i Rekreacji. Brzmi zachęcająco. Trochę z ciekawości postanawiamy skorzystać.
Wszystko organizują miejscowi Polacy – władze miasta. Do oddalonego o kilka kilometrów miejsca zawożą nas, na kilka kursów, busikiem, a nasze bagaże na przyczepkach samochodowych.
Na miejscu bardzo obfity i pyszny poczęstunek. Szkoda, że nie można się najeść na zapas. Jest też niebywały luksus dla pielgrzyma – ciepły prysznic.
Po krótkiej rozmowie z paniami, które doglądają, żeby niczego nie zabrakło, okazuje się, że mamy wspólnych znajomych z Odry-Niemen, a Dominik ze stowarzyszenia pisał projekty dla szkoły, której dyrektorem jest jedna z pań.
Stowarzyszenie udziela dużego wsparcia tej społeczności, wspiera ostatnich kombatantów i ich rodziny, pomaga przy renowacji cmentarzy i miejsc pamięci… a mieszkańcy potem wspierają pielgrzymów. I tak dobro się kręci.
Oczywiście wspólna fotka.
Rano śniadanko, prowiant na drogę i podwózka do kościoła. Po modlitwie w drogę, najpierw do Butrymańców, gdzie proboszczem jest zacny ks. Józef.
Po Mszy Świętej w zabytkowym, o bardzo ciekawej architekturze kościele znowu uginające się od różnych pyszności stoły. Teren wokół kościoła bardzo zadbany, widać rękę gospodarza.
Tego i następnego dnia mijamy kolejne polskie miejscowości z serdecznymi Rodakami. Miejscowi Polacy zwykle ustawiają się grupką przy drodze i jakby z nieśmiałością czekają.
Wielu pielgrzymom zmęczenie daje się we znaki i na odpoczynkach pragną zalegnąć na swoich karimatach czy innych kocykach. Ja i paru innych pątników staramy się na wszystkich odpoczynkach zamienić choć parę słów, zrobić pamiątkowe zdjęcie i w ten sposób choć troszkę wyrazić wdzięczność za ich serce.
Zbliżając się do miejscowości Koniuchy, zbaczamy z trasy i leśną drogą docieramy do miejsca pamięci. Po krótkim odpoczynku ma miejsce mała uroczystość patriotyczna. Pod pomnikiem oddajemy hołd pomordowanym Polakom. Na tę okoliczność jedna z pątniczek napisała wiersz.
Coraz bliżej Wilna
Nocleg w kolejnym polskim mieście – Solecznikach. Poranne modlitwy prowadzi zespół muzyczny i przewodnik z naszej grupy. Gdy wyruszamy, bardzo delikatnie pada.
W trasie Jarek ma prelekcję o duchowości rotmistrza Pileckiego. W trakcie łapie nas tęga ulewa, co mocno utrudnia prelegentowi wykład.
Tym razem jako ostatnia grupa nie mieścimy się w całości w kościele. Przed wejściem jest rozstawione zadaszenie, dzięki czemu pojawiające się od czasu do czasu opady nie są dokuczliwe.
Po pysznym obiadku i spotkaniu z miejscowymi – w drogę.
W Turgielach tradycyjnie proboszcz wita nas święconą wodą, a parafianie chlebem i solą. Jest też mini zespół w strojach ludowych.
Wycieczka do Taboryszek. Piękny, zabytkowy kościółek. Na początku miejscowi mają niespodziankę dla swojego proboszcza, który miał swoje święto. Koronka do Miłosierdzia Bożego, indywidualne błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem i chwytające za serce śpiewy kresowych piosenek… no i oczywiście poczęstunek.
Rano ekipą „młodych gniewnych” stajemy w bramie przed kościołem, żeby zrobić zdjęcie w historycznym miejscu. 9 kwietnia 1944 r. Romuald Rajs „Bury” – dowódca 1. kompanii 3. Wileńskiej Brygady AK – uczestniczył z żołnierzami we Mszy rezurekcyjnej w tym kościele i w tej bramie zostali uwiecznieni na słynnej fotografii.
Po Mszy Świętej siostra Michaela Rak opowiada o jedynym na Litwie Hospicjum im. bł. ks. Sopoćki w Wilnie, którego jest założycielką i które prowadzi wraz ze współsiostrami ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego i wolontariuszami.
Niesamowite jest też to, że państwo litewskie w żaden sposób nie wspiera tego dzieła, utrzymywanego z datków dobrych ludzi. Po trasie pielgrzymi też coś wrzucą wolontariuszom do puszek.
Już dziewiąty dzień pielgrzymowania. Czas zaczyna bardzo uciekać, trzeba się delektować każdą chwilą spędzoną na modlitwie i rozmowie z przyjaciółmi.
Wcześniej uciekło – po drodze mijaliśmy mnóstwo przydrożnych krzyży, które tutaj są zwykle z kapliczkami. Każdy inny, każdy piękny. Co rusz też ukazywały się nam bociany w gniazdach albo majestatycznie przelatujące nad nami.
Dwa razy świętowaliśmy urodziny – najpierw dziewięcioletniej Zosi, potem trochę „więcej letniej” Ani. Bardzo miłe wydarzenie – wiem, bo na wrocławskiej sam obchodzę urodziny.
Ostatnie 10 kilometrów
Niemież – ostatni nocleg.
Wieczorem spotykamy się naszą białą grupą. Trochę zabaw integracyjnych, podziękowania dla kapłanów, przewodnika, „muzycznych”, porządkowych i nawet tubowych, a na koniec mała agapa.
Rano uroczysty Apel, prezentacje grup i mnóstwo podziękowań dla wszystkich zaangażowanych w funkcjonowanie pielgrzymki. Pożegnanie „starego” głównego przewodnika i na razie nieoficjalne przedstawienie nowego.
Już tylko ostatnie 10 km i dotarcie do Celu. Wszyscy pątnicy wyraźnie odświeżeni, ubrani w specjalne koszulki w kolorach odpowiednich dla swoich grup. Nasza biała dodatkowo ma białe balony z helem.
Po trasie jest krótki odpoczynek przy cmentarzu na Rossie. Część pielgrzymów idzie z modlitwą na kwatery polskich żołnierzy i oczywiście na grób Matki i Serca Syna.
Zbliżając się do Ostrej Bramy, jesteśmy witani przez pracowników i pensjonariuszy hospicjum. Pod wizerunek Matki Boskiej Miłosierdzia podchodzimy jako trzecia grupa. Jest już dość ciasno. Na umówiony sygnał wypuszczamy balony, a potem padamy na bruk.
Przytuleni do bruku wspominamy w myślach naszych bliskich, oddajemy się Matce, jak tysiące Polaków przed nami i – mam nadzieję – wiele tysięcy po nas.
Oczami wyobraźni widzę pokornie leżących pielgrzymów, nad którymi powiewa moja biało-czerwona. Potem zobaczę to na zdjęciach.
Dużo radości, podziękowań za wspólną drogę, fotografie, ale trzeba robić miejsce dla dwóch ostatnich grup.
Oficjalne powitania, Msza Święta na zakończenie z udziałem biskupa ełckiego i ważnej osobistości Zakonu Salezjańskiego. Trochę rozpraszające jest to, że jest bardzo ciasno, a jeszcze środkiem musi być przejście dla turystów, którzy małymi grupkami cały czas przechodzą pod bramą.
Po Mszy Świętej jeszcze wizyta w hospicjum, ostatni poczęstunek. Znowu trafia się ktoś współpracujący z Odrą-Niemen.
O godz. 15 udajemy się na Koronkę do kaplicy. Potem chwila zwiedzania, jeszcze jedna Msza Święta – tym razem tylko dla naszej grupy w kościele Świętego Ducha.
Ostatni raz razem.
W drodze do autobusów zaglądamy do kaplicy z oryginałem obrazu Jezusa Miłosiernego. Kilkoma pojazdami do Suwałk lub Warszawy i każdy w swoją stronę.
Wszyscy ubogaceni i każdy choć trochę przemieniony, lepszy.















