Sytuacja na Jeziorze Pilchowickim i rzece Bóbr staje się coraz poważniejsza. Po spuszczeniu wody ze zbiornika, prowadzonym w związku z remontem zabytkowej zapory, na brzegach i w mule zaczęły zalegać tysiące śniętych ryb. Według najnowszych informacji zebrano już około 11 ton martwych zwierząt.
Zwołano sztab kryzysowy, a Sanepid zaleca unikanie kontaktu z wodą w Bobrze i rezygnację z rekreacyjnego korzystania z rzeki, w tym spływów kajakowych. Trwają badania wody oraz osadów dennych, które mogły zostać naruszone podczas opróżniania zbiornika.
Pod remontowaną zaporę trafiły wysokowydajne pompy z agregatami. Do akcji mają zostać włączone także aeratory, czyli urządzenia służące do natleniania wody. Według Tauron Ekoenergia ich zadaniem będzie ochrona dalszego biegu Bobru poniżej zapory. Planowane jest również ustawienie zapór, które mają ograniczyć spływanie mułu z dna Jeziora Pilchowickiego.
Tyle że dla mieszkańców i wędkarzy zasadnicze pytanie brzmi: dlaczego tak zdecydowane działania podjęto dopiero teraz?
Wędkarze z regionu jeleniogórskiego od początku alarmowali, że w zbiorniku dochodzi do masowego śnięcia ryb. Relacjonowali, że żywe jeszcze sandacze, węgorze i inne ryby dusiły się w płytkich zatokach, wyskakiwały na brzeg i szukały tlenu w wodzie zamulonej niemal jak smoła. To właśnie oni, często własnym sprzętem, próbowali ratować to, co jeszcze dało się uratować.
Tauron przekonuje, że odławianie ryb prowadziły profesjonalne firmy, a cały proces był nadzorowany przez przyrodników, w tym ichtiologa. Spółka wskazuje też na ponadnormatywne upały oraz większą niż zakładano ilość namułów na dnie zbiornika. Zapewnia, że martwe ryby są utylizowane, a po zakończeniu remontu jezioro zostanie ponownie zarybione.
Te tłumaczenia nie uspokajają jednak mieszkańców. Ich zdaniem skala zjawiska była możliwa do przewidzenia, zwłaszcza że o osadach dennych i ryzyku ich naruszenia mówiono od dawna. Jeżeli dziś trzeba awaryjnie natleniać wodę i stawiać zapory zatrzymujące muł, trudno nie pytać, dlaczego takich zabezpieczeń nie przygotowano wcześniej.
Uderzająca jest również cisza wielu środowisk, które jeszcze kilka lat temu przy śniętych rybach w Odrze alarmowały o katastrofie ekologicznej, organizowały protesty i domagały się natychmiastowych działań państwa. Wtedy głos wędkarzy był traktowany jako ważne źródło informacji. Dziś, gdy to właśnie wędkarze jako pierwsi mówili o dramacie na Pilchowicach, ich ostrzeżenia przez długi czas nie przebijały się z podobną siłą.
Nie chodzi o to, by porównywać jeden do jednego przyczyny obu zdarzeń. Chodzi o standard reakcji państwa i instytucji publicznych. Martwe ryby w Odrze były narodową aferą. Martwe ryby w Jeziorze Pilchowickim i Bobrze również zasługują na pełne wyjaśnienie, a nie na techniczne komunikaty i przerzucanie odpowiedzialności.
Remont zapory jest potrzebny. Obiekt ma znaczenie przeciwpowodziowe i chroni mieszkańców regionu. Ale nawet konieczna inwestycja nie zwalnia z obowiązku ochrony środowiska i właściwego przygotowania działań. Tym bardziej gdy skutkiem są tony martwych ryb, fetor, zamulona rzeka i ostrzeżenia sanitarne dla mieszkańców.
Dziś najważniejsze jest zatrzymanie dalszych szkód w Bobrze. Zaraz potem powinno przyjść rzetelne rozliczenie decyzji, które doprowadziły do tej sytuacji. Bo jeśli państwo naprawdę chce traktować ochronę rzek poważnie, nie może reagować tylko wtedy, gdy temat pasuje do politycznej opowieści.















