Coraz wyraźniejsze pęknięcia pojawiają się w koalicji rządzącej Dolnym Śląskiem. Choć Koalicja Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe nadal wspólnie sprawują władzę w sejmiku województwa, polityczne napięcia przestają być ukrywane nawet przez samych koalicjantów.
Przewodniczący dolnośląskiej KO Michał Jaros otwarcie mówi dziś o konieczności „korekty regionalnej polityki”. W praktyce oznacza to próbę narzucenia nowego kierunku działania władz województwa oraz coraz mocniejsze naciski na marszałka Pawła Gancarza z PSL.
W tle pojawiają się także personalne ambicje i walka o wpływy. Jeszcze niedawno mówiło się o możliwych zmianach w zarządzie województwa. Ostatecznie do nich nie doszło, ale polityczne rozmowy prowadzone „za zamkniętymi drzwiami” podczas wielotygodniowej sesji sejmiku pokazują skalę napięć.
Michał Jaros próbuje obecnie budować własne polityczne przywództwo na Dolnym Śląsku. Politolodzy zwracają uwagę, że jego działania to wyraźna próba podporządkowania sobie zarówno samorządu wojewódzkiego, jak i władz Wrocławia. Niedawne wymuszenie zmian wśród wiceprezydentów stolicy regionu pokazuje, że KO coraz agresywniej walczy o pełną kontrolę nad regionalnym układem władzy.
Problem w tym, że mieszkańcy coraz częściej odnoszą wrażenie, iż zamiast rozwiązywania realnych problemów Dolnego Śląska obserwują polityczne targowisko stanowisk. W przestrzeni publicznej dominują dziś rozmowy o rekomendacjach partyjnych, układach koalicyjnych i personalnych roszadach, a nie o bezpieczeństwie, służbie zdrowia, komunikacji czy odbudowie regionu po kryzysach ostatnich lat.
Dodatkowe kontrowersje budzi fakt, że nawet koalicjanci nie sprawiają wrażenia zgodnych co do kierunku rozwoju województwa. Marszałek Paweł Gancarz przyznał wprost, że… nie zna programu forsowanego przez Michała Jarosa. Trudno o bardziej wymowny symbol chaosu wewnątrz rządzącej koalicji.
Tymczasem politycy KO prezentują kolejne wielkie wizje – od elektrowni szczytowo-pompowych po małe reaktory jądrowe czy technologiczne partnerstwa z Tajwanem. Krytycy wskazują jednak, że wiele z tych pomysłów wygląda bardziej na polityczny marketing niż realny plan wdrożenia.
Opozycja w sejmiku nie ma wątpliwości, że obecna koalicja bardziej skupia się na podziale wpływów niż na konsekwentnej realizacji programu dla mieszkańców regionu. Coraz częściej pojawiają się też pytania, jak długo PSL będzie godziło się na polityczne dyktando ze strony silniejszego koalicjanta.
Choć emocje chwilowo opadły, trudno mówić o stabilizacji. Wszystko wskazuje na to, że walka o wpływy na Dolnym Śląsku dopiero się rozpędza, a mieszkańcy regionu mogą jeszcze długo obserwować kolejne odsłony politycznej wojny wewnątrz obozu rządzącego.















