22 maja w Klubie 4. Regionalnej Bazy Logistycznej we Wrocławiu odbędzie się prelekcja multimedialna poświęcona miejscu pamięci po byłym obozie Gross-Rosen w Rogoźnicy. Spotkanie poprowadzi pracownik muzeum Bartosz Surman. Organizatorzy zapraszają mieszkańców do udziału w wydarzeniu dotyczącym historii jednego z najcięższych obozów funkcjonujących podczas II wojny światowej.
Kontrowersje wzbudza jednak już sam plakat promujący wydarzenie. Użyto na nim określenia „nazistowski obóz Gross-Rosen”, pomijając fakt, że był to niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny utworzony i prowadzony przez III Rzeszę Niemiecką. Dla wielu historyków, środowisk patriotycznych oraz osób zajmujących się polityką pamięci takie sformułowania są niebezpiecznym rozmywaniem odpowiedzialności narodowej za zbrodnie II wojny światowej.
Od lat Polska prowadzi walkę z określeniami fałszującymi historię — przede wszystkim z osławionymi „polskimi obozami koncentracyjnymi”. Tym bardziej szokuje sytuacja, w której także w kraju coraz częściej pojawiają się komunikaty unikające wprost wskazania sprawców niemieckich zbrodni. Krytycy podkreślają, że słowo „nazistowski” oderwane od kontekstu państwa niemieckiego może prowadzić do niebezpiecznego wrażenia, że za obozy odpowiadała jakaś anonimowa ideologia, a nie konkretne państwo, aparat terroru i niemieckie społeczeństwo wspierające III Rzeszę.
Gross-Rosen był niemieckim nazistowskim obozem koncentracyjnym działającym od 1940 roku na terenie Dolnego Śląska. Przez obóz i jego filie przeszły dziesiątki tysięcy więźniów różnych narodowości, a tysiące zginęły z głodu, wycieńczenia, chorób i terroru niemieckich strażników. To właśnie precyzja języka ma dziś ogromne znaczenie dla zachowania prawdy historycznej i przeciwdziałania próbom relatywizowania odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej.
W ocenie części środowisk patriotycznych i historycznych problem nie dotyczy wyłącznie jednego plakatu, lecz szerszego zjawiska widocznego od lat we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku. Coraz częściej pojawiają się działania lub pomysły, które prowadzą do rozmywania polskiej tożsamości regionu i eksponowania niemieckiego, a zwłaszcza pruskiego dziedzictwa kosztem pamięci o polskim dorobku.
W debacie publicznej wracają przecież pomysły odnawiania dawnych pruskich symboli na Moście Grunwaldzkim, pojawiały się także głosy o przywracaniu historycznej nazwy „Kaiserbrücke”. Kontrowersje wywoływały również informacje o usunięciu polskiego godła z Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego. Krytycy takich działań alarmują, że pod pozorem „neutralności historycznej” czy „europejskiego dziedzictwa” stopniowo wypiera się polską narrację o Wrocławiu i Dolnym Śląsku — regionie, który po II wojnie światowej został odbudowany ogromnym wysiłkiem polskich mieszkańców przybyłych tu z różnych stron kraju, w tym z Kresów.
Dlatego także kwestia nazewnictwa niemieckich obozów koncentracyjnych budzi dziś tak duże emocje — bo dla wielu osób jest elementem szerszego sporu o pamięć, tożsamość i obecność polskości w przestrzeni publicznej.
Samo wydarzenie może być ważną lekcją historii i przypomnieniem o ofiarach niemieckiego terroru. Jednak zdaniem wielu mieszkańców i komentatorów organizatorzy powinni zadbać również o właściwy przekaz historyczny już na etapie promocji wydarzenia. W sprawach dotyczących pamięci narodowej i niemieckich zbrodni wojennych nie ma miejsca na językowe niedopowiedzenia, mogące dezinformować publiczność lub prowadzić do rozmywania niemieckiej odpowiedzialności, za popełnione przez III Rzeszę zbrodnie.















