Wrocławskie ścieżki rowerowe coraz częściej zamiast rowerzystów przypominają tory dla elektrycznych motocykli. Problem dotyczy przede wszystkim części kurierów rozwożących jedzenie, którzy poruszają się pojazdami wyposażonymi w mocne silniki elektryczne i osiągającymi prędkości daleko wykraczające poza normy przewidziane dla klasycznych rowerów elektrycznych.
Mieszkańcy od miesięcy alarmują, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Na chodnikach i drogach rowerowych pojawiają się ciężkie maszyny rozpędzające się do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, często bez tablic rejestracyjnych, obowiązkowego ubezpieczenia czy jakiejkolwiek realnej kontroli technicznej.
Straż Miejska Wrocławia zapowiada działania.
Naprawdę się to nasila i myślę, że ta czerwona linia już się do nas zbliża i musimy coś z tym zrobić
– mówi insp. Robert Paluch ze straży miejskiej we Wrocławiu.
Problem nie dotyczy już wyłącznie komfortu pieszych czy rowerzystów, ale zwyczajnie bezpieczeństwa. Coraz częściej dochodzi do sytuacji, w których rozpędzone „pseudorowery” mijają ludzi o włos, korzystając z infrastruktury przeznaczonej dla zwykłych rowerów.
Paradoks polega jednak na tym, że państwo nadal nie stworzyło skutecznych narzędzi do walki z tym zjawiskiem. Strażnicy przyznają wprost, że obecnie mają bardzo ograniczone możliwości karania użytkowników takich pojazdów.
Na obecną chwilę nie mamy możliwości za stan techniczny pojazdu karać mandatem karnym, co by generalnie przyspieszyło tę całą procedurę
– tłumaczy insp. Robert Paluch.
W praktyce oznacza to, że nawet jeśli funkcjonariusze mają podejrzenia, iż pojazd nie spełnia norm dla roweru elektrycznego, sprawa musi trafiać do sądu. To długie i mało skuteczne procedury, które powodują poczucie bezkarności.
Problem jest już na tyle poważny, że testowane są specjalne mobilne hamownie pozwalające sprawdzać realną moc i osiągi takich pojazdów. Na razie jednak urządzenia nie mają homologacji, więc wyniki pomiarów mogą być podważane.
Eksperci i aktywiści rowerowi alarmują, że konieczne są szybkie zmiany przepisów. Dziś wielu użytkowników wykorzystuje prawne luki, rejestrując praktycznie elektryczne skutery jako „rowery”, aby omijać obowiązki dotyczące prawa jazdy, ubezpieczenia czy badań technicznych.
Jak już się przekonają, że nie ma opcji, żeby jeździć i prędzej czy później zostaną ukarani, to przestaną to robić
– uważa Cezary Grochowski z wrocławskiej Inicjatywy Rowerowej.
Cała sytuacja pokazuje kolejny problem współczesnych miast – prawo kompletnie nie nadąża za rzeczywistością. Przez lata promowano „ekologiczną mobilność”, ale nikt nie przewidział, że ścieżki rowerowe zaczną być wykorzystywane przez pojazdy przypominające małe motocykle. Efekt? Chaos, zagrożenie dla pieszych i coraz większa frustracja mieszkańców.















