Legnicka Specjalna Strefa Ekonomiczna jest doskonałym przykładem sukcesu tego modelu. Powstała w latach 90., gdy region zmagał się z ogromnymi problemami gospodarczymi po upadku komunizmu oraz wycofaniu wojsk rosyjskich. Dodatkowo nad Legnicą wisiało widmo masowych zwolnień w KGHM.
Dziś efekty są imponujące. W strefie działa blisko sto zakładów, pracuje około 20 tysięcy osób, a wartość inwestycji przekroczyła 12 miliardów złotych. Trudno znaleźć ekonomistę, który kwestionowałby pozytywny wpływ SSE na rozwój regionu.
Tymczasem od przyszłego roku kończy się system preferencyjnych ulg podatkowych, który przez lata był jednym z głównych magnesów dla inwestorów. Strefy będą nadal funkcjonować, ale na takich samych zasadach jak inne podmioty wspierające przedsiębiorczość. Zniknie ich wyjątkowy status.
To budzi uzasadnione obawy. Polska znajduje się dziś w coraz trudniejszym otoczeniu konkurencyjnym. O inwestorów walczą kraje Europy Środkowej, Bałkany, a także państwa azjatyckie oferujące atrakcyjne warunki podatkowe i administracyjne. W takiej sytuacji ograniczanie sprawdzonych mechanizmów wsparcia może okazać się ryzykownym eksperymentem.
Oczywiście przedstawiciele stref uspokajają, że nie oznacza to ich likwidacji. Nadal będą mogły wydawać decyzje o wsparciu, zarządzać gruntami i pozyskiwać nowych inwestorów. Problem polega jednak na tym, że ich przewaga konkurencyjna będzie znacznie mniejsza niż dotychczas.
Niepokoi również szerszy kontekst. W ostatnich latach przedsiębiorcy coraz częściej wskazują na rosnące koszty energii, skomplikowane przepisy oraz niestabilność regulacyjną. Specjalne strefy ekonomiczne były jednym z niewielu narzędzi rekompensujących te niedogodności. Ograniczenie ich możliwości może oznaczać dalsze osłabienie atrakcyjności inwestycyjnej Polski.
Historia Legnickiej SSE pokazuje, że państwo potrafiło kiedyś prowadzić skuteczną, długofalową politykę gospodarczą. Dzięki strefie udało się stworzyć tysiące miejsc pracy i przyciągnąć miliardy złotych kapitału. Dlatego decyzja o wygaszeniu dotychczasowych preferencji powinna skłaniać do refleksji, czy w czasach globalnej rywalizacji o inwestycje Polska rzeczywiście może sobie pozwolić na rezygnację z narzędzi, które przez lata przynosiły wymierne efekty.














