Już pierwszego dnia po zamknięciu wiaduktów na ulicy Gazowej południowo-wschodni Wrocław praktycznie stanął. Ogromne korki sparaliżowały ulicę Opolską, Krakowską i dojazdy od strony Radwanic, choć wielu kierowców spodziewało się najgorszego dopiero po weekendzie.
Tymczasem już weekendowy ruch wystarczył, by pokazać skalę problemu. I coraz więcej mieszkańców nie ma wątpliwości: miasto rozpoczęło jedną z największych komunikacyjnych operacji ostatnich lat bez przygotowania sensownych objazdów i realnej alternatywy dla tysięcy kierowców.
Przez lata ulica Gazowa była dla Brochowa, Bieńkowic, Iwin czy części Siechnic jednym z najważniejszych wyjazdów w kierunku centrum Wrocławia. Po jej zamknięciu cały ruch został skierowany na już wcześniej przeciążone ulice Opolską, Krakowską, Buforową i Bardzką.
Efekt był łatwy do przewidzenia. Kierowcy utknęli w zatorach przypominających poniedziałkowy szczyt komunikacyjny. Problem polega jednak na tym, że nie był to żaden „nieprzewidziany chaos”, lecz konsekwencja decyzji podjętych przez urzędników.
Miasto przekonuje, że zmieniono cykle świateł, przeorganizowano pasy ruchu i przygotowano objazdy. Kierowcy odpowiadają jednak krótko: kosmetyczne zmiany nie zastąpią zamkniętej przeprawy, z której codziennie korzystały tysiące samochodów.
Szczególne emocje budzą wypowiedzi urzędników sugerujących, że mieszkańcy muszą po prostu „przyzwyczaić się” do nowych warunków.
Potrzeba 2–3 tygodni, aby ruch się ułożył
– mówiła jeszcze przed rozpoczęciem remontu Elżbieta Urbanek z magistratu.
Dla wielu mieszkańców brzmi to jednak jak przerzucanie odpowiedzialności na kierowców. Bo problemem nie jest samo przyzwyczajenie do nowych tras, ale fakt, że alternatywne układy drogowe od lat pozostają niewydolne, a część ulic przypomina prowizoryczne objazdy z małych miejscowości, a nie dojazdy do wielkiego miasta wojewódzkiego.
Chaos wokół Brochowa pokazuje także coś jeszcze: Wrocław od dawna rozwijał południowo-wschodnie osiedla znacznie szybciej niż infrastrukturę drogową.
Tysiące nowych mieszkań powstały m.in. na Jagodnie, Brochowie czy w Iwinach, ale układ drogowy praktycznie nie nadążał za tempem zabudowy. W efekcie dziś wystarczy zamknięcie jednego kluczowego połączenia, by sparaliżować znaczną część tej części aglomeracji.
Kierowcy zwracają uwagę, że od lat ostrzegano przed takim scenariuszem. Problem w tym, że zamiast budowania nowych alternatywnych połączeń, przez długi czas ograniczano się głównie do doraźnych zmian organizacji ruchu i kolejnych „tymczasowych” rozwiązań.
Najbardziej niepokojące dla mieszkańców jest jednak to, że weekendowy chaos jest jedynie przedsmakiem tego, co może wydarzyć się w poniedziałek.
W dni robocze ruch na Brochowie i w okolicach jest wielokrotnie większy. Jeśli już w weekend Opolska i Krakowska zostały praktycznie sparaliżowane, poniedziałkowy poranek może okazać się prawdziwym testem wytrzymałości całego układu komunikacyjnego tej części miasta. A mieszkańcy coraz częściej pytają: dlaczego tak ogromną inwestycję rozpoczęto bez wcześniejszego przygotowania realnych, wygodnych i przepustowych objazdów?















